Kiedy życie zabiera ci piłkę, czasem daje ci pióro

Moje przemyślenia po obejrzeniu filmu „Szukając siebie” (2000) z Seanem Connerym.

„Podstawą pisania jest pisanie, a nie myślenie” – takie słowa wypowiada William Forrester, grany przez Seana Connery’ego, do młodego bohatera filmu. To zdanie wyjątkowo mocno utkwiło mi w pamięci. Podobnie jak drugie: „Pisząc, zastanawiamy się, co zrobić ze swoim życiem”. Nie wiem, czy mogłem trafić na ten film w bardziej odpowiednim momencie swojego życia.

Uwielbiam kino lat 80., 90. i początku XXI wieku. Ma w sobie coś, czego coraz częściej brakuje mi we współczesnych produkcjach. Dobre dialogi, niespiesznie opowiedziane historie, wyrazistych bohaterów i aktorów, którzy nie potrzebują spektakularnych efektów specjalnych, żeby przykuć uwagę widza. „Szukając siebie”, choć miał premierę w 2000 roku, jest dla mnie właśnie takim kinem. A Sean Connery po raz kolejny przypomniał mi, dlaczego należał do największych aktorów swojego pokolenia.

Film opowiada historię Jamala Wallace’a, młodego chłopaka z Bronksu, który ma ogromny talent do koszykówki. Na boisku czuje się jak ryba w wodzie. Jest podziwiany przez kolegów, ma przed sobą sportową przyszłość i wszystko wskazuje na to, że właśnie koszykówka będzie wyznaczać kierunek jego życia. Tyle że Jamal ma jeszcze drugą pasję, o której jego otoczenie wie zdecydowanie mniej. Uwielbia czytać i pisać. Przypadkowo poznaje Williama Forrestera, granego przez Seana Connery’ego, wybitnego pisarza, który przed laty odniósł literacki sukces, a później niemal całkowicie odciął się od świata. Między młodym koszykarzem a starszym, zgorzkniałym pisarzem rodzi się niezwykła relacja.

I właśnie w tym miejscu historia Jamala zaczęła być mi wyjątkowo bliska.

Przez prawie trzydzieści lat grałem w koszykówkę. Trzy dekady. Kiedy wypowiadam te słowa, sam zastanawiam się, kiedy ten czas minął. Koszykówka towarzyszyła mi właściwie na każdym etapie życia. Była ze mną w dzieciństwie, kiedy jako młody chłopak spędzałem niezliczone godziny na boisku. Była w okresie dorastania, kiedy człowiek miał głowę pełną marzeń i wydawało mu się, że wszystko jest jeszcze możliwe. Była również wtedy, gdy jako dwudziestolatek przeprowadziłem się do Katowic. Studia, pierwsza praca, pierwsze poważne decyzje, pierwsze sukcesy i porażki. Zmieniały się mieszkania, ludzie, okoliczności, ale gdzieś obok zawsze była piłka do koszykówki. Kiedy po trzydziestce zamieszkałem w Chrzanowie, niewiele się zmieniło. Nadal grałem. Nadal znajdowałem na to czas. Niezależnie od tego, ile miałem obowiązków, koszykówka pozostawała czymś stałym.

Aż przyszedł moment, w którym ktoś, a właściwie coś, postanowiło mi tę piłkę odebrać.

Problemy z kręgosłupem, rwa kulszowa, szpital w styczniu 2026 roku i miesiące walki o powrót do normalnego funkcjonowania. Operacji udało się uniknąć, za co jestem ogromnie wdzięczny. Ale rzeczywistość wygląda tak, że dzisiaj muszę uważać nawet przy tak banalnej czynności jak wiązanie butów. Czasami wystarczy jeden niewłaściwy ruch, żeby plecy przypomniały mi, że nie wszystko jest już takie jak dawniej. Chodzę na basen, ćwiczę na siłowni, wzmacniam mięśnie, robię wszystko, żeby odzyskać możliwie największą sprawność. Nie zamierzam się poddawać, ale też nie mam zamiaru oszukiwać samego siebie. PESEL jest, jaki jest, a kręgosłup najwyraźniej nie zamierza negocjować.

Najtrudniejsze w tym wszystkim nie są jednak same ograniczenia fizyczne. Najtrudniejsza jest pustka, która pojawia się wtedy, kiedy po trzydziestu latach nagle przestajesz robić coś, co było częścią twojej tożsamości.

Bo czym zastąpić trzydzieści lat wspomnień? Czym wypełnić miejsce po setkach meczów, tysiącach rzutów, emocjach, rywalizacji, kolegach z drużyny, zwycięstwach i porażkach? Jak pogodzić się z tym, że coś, co przez większą część życia było tak naturalne jak oddychanie, nagle może stać się tylko wspomnieniem?

Nie mam na te pytania gotowych odpowiedzi. I nie będę udawał, że mam.

Byłem zły. Bardzo zły. Na własne ciało, na okoliczności, na to, że życie potrafi w jednej chwili zmienić zasady gry, nie pytając człowieka o zdanie. Z czasem jednak zacząłem patrzeć na to nieco inaczej. Od wielu lat staram się pielęgnować w sobie wdzięczność. Nie taką z internetowych poradników, w których wszystko zawsze dzieje się po coś i każdy problem jest rzekomo ukrytą szansą. Nie wierzę, że każda strata musi mieć jakiś głębszy sens. Czasami strata jest po prostu stratą. Ale mogę być wdzięczny za to, że przez niemal trzy dekady miałem możliwość robić coś, co naprawdę kochałem. Za ludzi, których poznałem. Za emocje, których doświadczyłem. Za wszystkie te chwile, których nikt mi już nie odbierze.

I właśnie dlatego tak mocno poruszyła mnie historia Jamala Wallace’a.

Ten chłopak miał odwagę wyjść poza świat, w którym wszyscy już dawno przypisali mu określoną rolę. Dla kolegów był przede wszystkim świetnym koszykarzem. Tymczasem miał w sobie jeszcze coś, czego nie dało się zmierzyć liczbą zdobytych punktów czy celnych rzutów. Miał potrzebę pisania. Potrzebę opowiadania historii. Potrzebę wyrażania myśli, których być może nie potrafiłby wypowiedzieć na głos. I choć jego otoczenie nie zawsze potrafiło to zrozumieć, postanowił nie rezygnować z tej części siebie.

W moim przypadku droga wyglądała nieco inaczej. Nikt nie musiał mnie przekonywać do pisania. Ta potrzeba była we mnie od bardzo dawna. W 2008 roku napisałem swoją pierwszą książkę. Miałem wtedy dwadzieścia trzy lata, mnóstwo pomysłów i zdecydowanie mniej odwagi niż dzisiaj. Książka trafiła do szuflady. I przeleżała tam niemal dwie dekady. W międzyczasie życie potoczyło się własnym torem. Praca, firmy, rodzina, nieruchomości, codzienne obowiązki, sukcesy, błędy i problemy. Pisanie nigdy całkowicie ze mnie nie zniknęło, ale zawsze znajdowało się gdzieś za innymi sprawami. Zawsze było coś pilniejszego. Zawsze można było powiedzieć: jeszcze nie teraz.

A potem przyszedł rok 2026.

Rok, w którym zdrowie postawiło przede mną granice, których nie mogłem zignorować. I paradoksalnie właśnie wtedy zacząłem poświęcać pisaniu znacznie więcej czasu. Kiedy nie mogłem wyjść na boisko, coraz częściej siadałem przed komputerem. Kiedy zabrakło treningów i meczów, pojawiły się kolejne strony, rozdziały i historie. Nie twierdzę, że pisanie zastąpiło mi koszykówkę. Nie zastąpiło. To dwie zupełnie różne rzeczy i byłoby nieuczciwe udawać, że jedna pasja potrafi bezboleśnie zająć miejsce drugiej. Ale odkryłem, że można jednocześnie tęsknić za czymś, co się utraciło, i z ogromnym zainteresowaniem patrzeć na coś, co dopiero zaczyna się przed nami.

W filmie jest scena, w której Forrester przekazuje Jamalowi jedną z najważniejszych lekcji pisania. Najpierw trzeba pisać. Myślenie, analizowanie i poprawianie przyjdą później. Niby proste, a jednak niezwykle trafne. Ile rzeczy w życiu odkładamy tylko dlatego, że zbyt długo nad nimi rozmyślamy? Ile pomysłów nigdy nie doczekało się realizacji, bo ich autorzy czekali na odpowiedni moment? Ile książek pozostało w szufladach, ponieważ ktoś uznał, że jeszcze nie jest gotowy?

Sam jestem tego najlepszym przykładem.

Przez niemal dwadzieścia lat moja pierwsza książka leżała w szufladzie. Dzisiaj kończę pracę nad kolejnymi i nie mogę doczekać się chwili, w której wezmę do ręki własną, wydrukowaną książkę. Taką, którą będzie można otworzyć, powąchać, postawić na półce. Książkę, za którą nie będzie stała już tylko myśl, że kiedyś chciałbym coś napisać, ale setki godzin rzeczywistej pracy. Nie wiem, czy odniesie sukces. Nie wiem, ilu ludzi ją przeczyta. Nie wiem nawet, dokąd zaprowadzi mnie ta droga. Być może pisanie nigdy nie stanie się moim głównym zajęciem. Być może pozostanie pasją, którą będę łączył z prowadzeniem biznesu. Ale wiem jedno: nie chcę już odkładać tego marzenia na kolejne dwadzieścia lat.

„Szukając siebie” opowiada również o czymś jeszcze. O tym, że człowiek może stać się więźniem własnych przyzwyczajeń, lęków i wyobrażeń o sobie. William Forrester, choć osiągnął literacki sukces, zamknął się przed światem. Jamal, choć miał przed sobą sportową przyszłość, nie chciał pozwolić, żeby koszykówka określała całe jego życie. Jeden musiał nauczyć się ponownie wychodzić do ludzi. Drugi musiał znaleźć odwagę, żeby pokazać światu, kim naprawdę jest. I chyba właśnie ta relacja jest największą siłą filmu. Bo ostatecznie obaj bohaterowie mają sobie coś do zaoferowania. Młodość nie zawsze oznacza brak mądrości, podobnie jak wiek nie daje monopolu na wszystkie odpowiedzi.

Nie chciałbym jednak, żeby ktoś odebrał moje przemyślenia jako opowieść o cudownej przemianie, w której kontuzja zamienia koszykarza w pisarza. Życie nie jest hollywoodzkim scenariuszem. Gdybym jutro obudził się ze zdrowym kręgosłupem, prawdopodobnie jedną z pierwszych rzeczy, jakie bym zrobił, byłoby napisanie do kumpli z kosza z pytaniem, kiedy i gdzie są gierki w tym tygodniu. Cholernie tęsknię za koszykówką. Tego nie da się tak po prostu wymazać.

Ale nie chcę też spędzić kolejnych lat, patrząc wyłącznie za siebie.

Może właśnie na tym polega dojrzewanie. Nie na tym, że przestajemy tęsknić za dawnym życiem, ale na tym, że mimo tej tęsknoty potrafimy zainteresować się tym, co jeszcze przed nami. Że uczymy się odróżniać rzeczy, o które nadal warto walczyć, od tych, których nie jesteśmy już w stanie kontrolować. I że czasami trzeba pogodzić się z zamknięciem pewnego rozdziału, żeby wreszcie znaleźć odwagę do napisania następnego.

Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek zagram w koszykówkę tak, jak grałem przez ostatnie trzydzieści lat. Bardzo chciałbym. Ale wiem, że niezależnie od tego, co wydarzy się z moim zdrowiem, chcę dalej pisać. Chcę opowiadać historie. Chcę przekładać na papier doświadczenia, obserwacje i wspomnienia. Nie dlatego, że nagle odkryłem w sobie wielkiego pisarza. Po prostu dlatego, że sprawia mi to ogromną przyjemność i czuję, że mam jeszcze wiele do powiedzenia.

Film „Szukając siebie” obejrzałem z ogromną przyjemnością. Za sprawą świetnego Seana Connery’ego, bardzo dobrej historii, koszykówki i literatury, które spotykają się tutaj w sposób wyjątkowo naturalny. Ale przede wszystkim dlatego, że zobaczyłem na ekranie coś, nad czym sam od wielu miesięcy się zastanawiam. Człowiek nie musi przez całe życie pozostawać tą samą wersją siebie. Może mieć więcej niż jedną pasję. Może zaczynać od nowa, nawet jeśli nie wszystko zaczyna się z jego własnej woli.

Przez trzydzieści lat koszykówka była jednym z najważniejszych rozdziałów mojego życia. Nie wiem, czy ten rozdział został już definitywnie zamknięty. Mam nadzieję, że nie.

Ale dzisiaj, kiedy siadam przed komputerem i otwieram kolejny pusty dokument, coraz częściej czuję emocje podobne do tych, które towarzyszyły mi kiedyś, gdy wychodziłem na boisko.

Ciekawość. Niepewność. Ekscytację.

I chyba właśnie tego najbardziej potrzebowałem.

Nie wiem jeszcze, jak potoczy się ta historia. Ale tym razem nie zamierzam chować jej do szuflady.

Bo może w życiu, podobnie jak w dobrej książce, nie zawsze mamy wpływ na to, jak kończy się jeden rozdział. Mamy jednak wpływ na to, czy odważymy się napisać następny.

Dodaj komentarz