Od wielu lat powtarzam, że jestem wdzięczny za wszystko, co wydarza się w moim życiu. Naprawdę. Tak, serio, serio.
Za dobre rzeczy oczywiście łatwo być wdzięcznym. Za sukces, dobrą decyzję, ludzi, którzy pojawiają się w odpowiednim momencie czy transakcję, która się udała.
Znacznie trudniej być wdzięcznym za coś, co przez kilka miesięcy, a czasem nawet lat, daje ci porządnie w kość. Paradoksalnie jednak to właśnie z tych najgorszych historii najczęściej rodziła się nowa wersja mnie.
W najmie było dokładnie tak samo.
Najwięcej nauczyli mnie nauczyciele, których nigdy sobie nie wybrałem. A jednym z najlepszych było… 26 mieszkań.
Kiedyś wynająłem 26 mieszkań jednemu zakładowi przetwórstwa mięsnego. Sam miałem je wtedy w podnajmie, więc cała odpowiedzialność spoczywała na mnie. Jeśli firma przestałaby płacić właścicielom mieszkań, problem nie byłby ich. Byłby mój.
I wiesz, co się stało?
No kurczę… przestali płacić ![]()
A miało być tak pięknie ![]()
Bo na początku naprawdę wyglądało pięknie. 26 mieszkań, jeden klient, jedna współpraca. Mówiąc żargonem ze świata sprzedaży: upolowałem słonia.
Problem w tym, że później ten słoń prawie mnie zdeptał. A właściwie nie „prawie”. Zdeptał mnie całkiem konkretnie, po czym zawinął się do innej dżungli.
Ta historia kosztowała mnie ogromne pieniądze, mnóstwo nerwów i kilka lat ponoszenia konsekwencji decyzji, które wtedy podjąłem. Naprawdę niewiele brakowało, żeby zmiotło mnie z planszy.
A może nawet mnie zmiotło, tylko po prostu wstałem? ![]()
Gdyby ktoś wtedy przyszedł do mnie i powiedział:
„Arek, zobaczysz, jeszcze kiedyś będziesz za to wdzięczny”,
to prawdopodobnie zaproponowałbym mu, żeby przejął ode mnie te 26 mieszkań.
Wdzięczność dorzuciłbym gratis.
Dzisiaj patrzę na tę historię zupełnie inaczej, bo żadna książka o najmie nie nauczyłaby mnie tyle, ile nauczyło mnie tamto doświadczenie. Żadne szkolenie, mentoring ani prezentacja z ładnymi slajdami.
Na szkoleniu możesz coś zapisać w notesie. Kiedy jednak w grę wchodzą twoje pieniądze, odpowiedzialność, stres i problemy, które zabierasz ze sobą do domu, zapisujesz to trochę głębiej.
Nie w notesie.
W głowie.
Czasami mam wrażenie, że nawet w kościach.
I właśnie dlatego wiele procedur, które stosuję dzisiaj w najmie, wcale nie powstało przy biurku. Powstały dlatego, że kiedyś czegoś nie dopilnowałem, komuś za bardzo zaufałem, zrobiłem wyjątek albo nie zadałem dodatkowego pytania.
Czasami widziałem też czerwoną lampkę i uznawałem, że może jednak jest pomarańczowa.
Życie dość szybko nauczyło mnie rozróżniać kolory.
Ale nie wszystkie moje lekcje przyszły z samego najmu.
Życie prywatne i zawodowe dało mi również kilka bardzo mocnych lekcji dotyczących manipulacji, kłamstwa, przekraczania granic i tego, jak ogromna potrafi być różnica między tym, co człowiek mówi, a tym, co później robi.
Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły. Nie wszystko, co prywatne, musi przecież stać się publiczne.
Był jednak taki okres w moim życiu, po którym zacząłem bardzo dużo czytać i uczyć się o mechanizmach manipulacji, toksycznych zachowaniach, kłamstwie i stawianiu własnych granic. Początkowo robiłem to przede wszystkim po to, żeby zrozumieć, co właściwie się wydarzyło i czego doświadczyłem. Później — żeby nauczyć się takie mechanizmy rozpoznawać i lepiej chronić siebie przed nimi w przyszłości.
Nie po to, żeby nauczyć się tej gry.
Tylko po to, żeby drugi raz nie dać się do niej wciągnąć.
Nie miałem wtedy pojęcia, że kiedyś ta wiedza zacznie mi się przydawać również zawodowo.
Dzisiaj podczas rozmów z potencjalnymi najemcami znacznie szybciej zauważam niespójności. Słucham nie tylko tego, co ktoś mówi, ale patrzę również na to, jak się zachowuje, jak reaguje na pytania i odmowę, czy jego historia jest spójna i czy przypadkiem nie próbuje przesuwać granic, zanim jeszcze dostał klucze do mieszkania.
Nie oznacza to oczywiście, że po piętnastominutowej prezentacji diagnozuję ludzi.
Spokojnie.
Nie otworzyłem jeszcze poradni psychologicznej obok biura nieruchomości.
Po prostu nauczyłem się uważniej obserwować ludzi i trochę mniej bezwarunkowo wierzyć słowom.
Kiedy dzisiaj patrzę na prawie 10 lat pracy w najmie, widzę coś ciekawego. Moje największe zawodowe lekcje bardzo rzadko zaczynały się od słów:
„Ale świetnie to zrobiłem”.
Znacznie częściej zaczynały się od:
„Ożesz kur… Houston, mamy problem”.
A później trzeba było ten problem rozwiązać, wyciągnąć wnioski i coś zmienić. Czasem procedurę, czasem punkt w umowie, czasem wystarczyło następnym razem zadać jedno pytanie więcej. A czasem trzeba było po prostu nauczyć się mówić „nie”, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało pięknie.
Dlatego dzisiaj jestem wdzięczny również za te historie, których za nic w świecie nie chciałbym przeżyć drugi raz.
I chyba właśnie w tym tkwi najważniejsza różnica.
Nie jestem wdzięczny za to, że było źle. Nie jestem wdzięczny za stracone pieniądze, nerwy czy czas.
Jestem wdzięczny za to, kim stałem się dzięki temu, że musiałem sobie z tym wszystkim poradzić.
Bo dobre doświadczenia dają nam piękne wspomnienia.
A te złe?
Jeżeli tylko potrafimy coś z nich zabrać, czasami dają nam znacznie więcej.
Tworzą kolejną wersję nas samych.
I patrząc na swoją historię najmu, mogę powiedzieć jedno:
Miałem naprawdę cholernie dobrych nauczycieli.
Tylko większości z nich nigdy nie zatrudniłbym z własnej woli.