Kiedy wczoraj, chwilę przed północą, postawiłem ostatnią kropkę w książce „Kiedy wynajem zamienia się w koszmar”, poczułem przede wszystkim ulgę. Taką zwyczajną, ludzką ulgę, że coś, nad czym pracowałem tak długo, wreszcie jest skończone.
Ale dzisiaj, kiedy emocje trochę opadły, pojawia się przede wszystkim refleksja, że ta książka tak naprawdę nie zaczęła się kilka miesięcy temu. Zaczęła się dużo wcześniej.
W 2008 roku napisałem książkę „Pierwsze kroki w doradztwie finansowym”. Nigdy jej nie wydałem. Schowałem ją do szuflady i przez kolejne lata właściwie do pisania książek nie wracałem. Owszem, zdarzały się artykuły do lokalnej gazety, teksty związane z biznesem, jakieś krótsze formy, ale książki nie było.
Musiało minąć kilkanaście lat, żebym znowu usiadł i powiedział sobie: dobra, robię to.
O tej historii pisałem zresztą w „Przełomie”, którego jestem współautorem wraz z Brianem Tracym i pozostałymi autorami. Dzisiaj patrzę na tamtego siebie z 2008 roku trochę inaczej niż kiedyś.
Przez wiele lat wydawało mi się, że żeby napisać książkę, trzeba być „gotowym”.
Tylko co to właściwie znaczy?
Gdzie jest ten moment, w którym ktoś wręcza nam certyfikat i mówi: „Dobra, Arek. Teraz już możesz”?
Czy trzeba mieć 80 procent wiedzy? 90? 95? A jeśli mamy 70, to jeszcze nie wolno? Kto właściwie ustala tę granicę?
Dzisiaj coraz mocniej dochodzę do wniosku, że jedna z największych pułapek, w jakie możemy wpaść, polega właśnie na czekaniu, aż będziemy gotowi.
Bo być może nigdy nie będziemy.
Perfekcjonizm potrafi być świetny. W biznesie niejednokrotnie pomaga mi pilnować szczegółów, poprawiać rzeczy, nie zadowalać się przeciętnością. Ale perfekcjonizm ma również drugą twarz. Czasami pod pozorem wysokich standardów po prostu nie pozwala nam ruszyć.
Gary Vaynerchuk od lat mówi o filozofii działania, która jest mi dzisiaj bardzo bliska: zacznij robić, wypuść coś w świat, ucz się i poprawiaj w trakcie.
I chyba dopiero teraz naprawdę rozumiem, co to znaczy.
Mogłem wydać książkę w 2008 roku. Być może nie byłaby idealna. Prawdopodobnie dzisiaj czytałbym ją i przy niektórych fragmentach łapał się za głowę. Ale przecież na rynku wydawniczym istnieje coś takiego jak drugie wydanie. Poprawione. Rozszerzone. Lepsze.
Może więc nie zawsze trzeba czekać, aż stworzymy coś doskonałego. Czasami trzeba stworzyć coś najlepszego, na co stać nas w danym momencie, a potem po prostu stawać się lepszym.
Widocznie jednak moja historia miała potoczyć się właśnie tak.
I nie żałuję tego.
Bo przez te wszystkie lata wydarzyło się coś jeszcze. Zebrałem doświadczenia, których nie miałem w 2008 roku. Popełniłem mnóstwo błędów. Straciłem pieniądze. Straciłem czas. Nieraz straciłem też sporo nerwów. Spotkałem setki ludzi, prowadziłem firmy, podejmowałem dobre i fatalne decyzje. Czasami dostawałem od życia po głowie, czasami coś wychodziło zdecydowanie lepiej, niż planowałem.
I dzisiaj mam o czym pisać.
Być może właśnie dlatego przez te wszystkie lata, nawet kiedy nie pisałem książek, gdzieś z tyłu głowy cały czas czułem, że kiedyś do tego wrócę.
Trudno mi to racjonalnie wytłumaczyć. Najbliższe słowo, jakie przychodzi mi do głowy, to chyba „powołanie”. Nie w jakimś patetycznym znaczeniu. Po prostu poczucie, że istnieje coś, co sprawia ci wyjątkowo dużo satysfakcji i do czego ciągle cię ciągnie.
Ja tak mam z pisaniem.
Kiedy już podjąłem decyzję, przestałem zastanawiać się, czy powinienem. Po prostu zacząłem pisać. A teraz, kiedy skończyłem kolejną książkę, wiem już jedno: nie chcę ponownie robić sobie kilkunastoletniej przerwy.
Chcę pisać dalej.
Dlaczego?
Jednym z powodów jest bardzo prosta rzecz. Chciałbym komuś ułatwić życie.
„Kiedy wynajem zamienia się w koszmar” powstało przecież właśnie z doświadczeń, których nikomu nie życzę. Skoro jednak już mi się przydarzyły, skoro popełniłem te wszystkie błędy, zapłaciłem za nie pieniędzmi, czasem i nerwami, to być może mogą mieć jeszcze jakąś wartość.
Jeżeli dzięki jednej z opisanych przeze mnie historii ktoś uniknie podobnego błędu, wcześniej zauważy sygnał ostrzegawczy albo podejmie lepszą decyzję, to te doświadczenia przestają być wyłącznie moimi problemami z przeszłości. Zaczynają komuś służyć.
I chyba właśnie to bardzo mocno napędza mnie do pisania.
Nie chodzi tylko o książki. Chodzi o pozostawienie po sobie czegoś, co będzie żyło trochę dłużej niż post w mediach społecznościowych, transakcja, firma czy kolejny projekt.
Chciałbym, żeby kiedyś ktoś powiedział:
„Był taki Arek. Przeczytałem coś, co napisał, i dzięki temu coś zrobiłem. Albo czegoś nie zrobiłem. Podjąłem decyzję, na którą wcześniej nie miałem odwagi. Spróbowałem. Zmieniłem kierunek.”
Nie potrzebuję pomnika.
Taka myśl zdecydowanie mi wystarczy.
Ale jest jeszcze jedna motywacja. Prawdopodobnie największa ze wszystkich.
Moje dzieci.
Pisząc kolejne książki, coraz częściej myślę o tym, że być może któregoś dnia one po nie sięgną. Nie po to, żeby robić dokładnie to samo, co tata. Wręcz przeciwnie. Chciałbym, żeby znalazły własną drogę.
Nie muszą prowadzić firm. Nie muszą inwestować w nieruchomości. Nie muszą pisać książek.
Niech robią w życiu to, co same uznają za swoje.
Chciałbym im jednak zostawić pewien drogowskaz.
Być może któregoś dnia staną przed decyzją, której będą się bały. Będą miały jakiś pomysł, marzenie albo plan, ale zabraknie im odwagi. Być może ktoś powie im, że to bez sensu. Może same zaczną się zastanawiać, czy są już wystarczająco dobre, wystarczająco przygotowane, wystarczająco „gotowe”.
I wtedy chciałbym, żeby przypomniały sobie:
„Co powiedziałby tata?”
Mam nadzieję, że odpowiedź będzie prosta:
„Spróbuj.”
Najwyżej nie wyjdzie. Poprawisz. Nauczysz się. Zmienisz kierunek. Zaczniesz jeszcze raz.
Ale nie chowaj swojego życia do szuflady na kilkanaście lat tylko dlatego, że wydaje ci się, że jeszcze nie jesteś gotowy.
Być może właśnie dlatego wieczorami pracuję już nad kolejnym projektem książkowym. Nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów, bo na to przyjdzie odpowiedni moment. Mogę powiedzieć tylko tyle, że będzie to książka szczególna, bo przede wszystkim będzie dla nich.
Ale nie tylko.
Chciałbym, żeby kiedyś mogła trafić również do młodego człowieka, który właśnie wchodzi w dorosłe życie i kompletnie nie wie, w którą stronę pójść. Do kogoś, kto będzie równie zagubiony, jak ja byłem ponad dwadzieścia lat temu.
Nie chcę mu mówić, jak ma żyć.
Chciałbym raczej powiedzieć: „Zobacz. Ja szedłem tędy. Tutaj się przewróciłem. Tutaj zrobiłem głupotę. Tutaj niepotrzebnie się bałem. Tutaj straciłem kilka lat. A tutaj zaryzykowałem i wydarzyło się coś pięknego. Ty wybierz swoją drogę, ale może dzięki mojej historii będzie ci trochę łatwiej”.
Zauważyłem też coś jeszcze.
Pisanie nie jest dla mnie wyłącznie przekazywaniem doświadczeń innym ludziom. Jest również sposobem na uporządkowanie własnego życia.
Dopiero kiedy próbujesz coś opisać, zaczynasz naprawdę zastanawiać się, dlaczego coś zrobiłeś, czego się bałeś, co tobą kierowało i czego dana sytuacja cię nauczyła. Historie, które wcześniej były tylko chaotycznymi wspomnieniami, nagle zaczynają układać się w pewną całość.
Być może właśnie dlatego tak dobrze czuję się w pisaniu.
A gdzieś obok tego wszystkiego jest jeszcze jedno moje marzenie. Znacznie mniej filozoficzne.
Laptop. Plecak. Świat.
Workation.
Chciałbym dojść do takiego momentu życia, w którym mogę pojechać gdziekolwiek. Rano otworzyć laptopa, przez kilka godzin pisać książkę, pracować i tworzyć, a potem go zamknąć i pójść poznawać miejsce, w którym akurat jestem.
Jednego miesiąca może to być Japonia. Innym razem Bieszczady. Potem jakiś mały domek gdzieś na końcu świata, którego nazwy dzisiaj nawet nie znam.
Kilka godzin pracy. Kilka godzin życia.
Pisanie daje mi poczucie, że taki sposób życia jest możliwy. I chyba właśnie dlatego tak bardzo mnie to napędza.
Bo im jestem starszy, tym mocniej dociera do mnie jedna rzecz.
Mamy jedno życie.
Możemy spędzić sporą jego część, czekając na odpowiedni moment. Na więcej pieniędzy. Więcej doświadczenia. Więcej odwagi. Lepszą sytuację. Na moment, w którym będziemy wreszcie „gotowi”.
Tylko że ten moment może nigdy nie nadejść.
Ja czekałem z pisaniem kilkanaście lat.
Dzisiaj już nie chcę czekać.
Chcę pisać. Chcę podróżować. Chcę popełniać błędy. Chcę tworzyć rzeczy, które za pięć lat być może sam będę chciał poprawić. Chcę zostawić coś swoim dzieciom i być może kilku innym ludziom, których nigdy nawet nie poznam.
Bo mamy jedno życie.
Ale jeśli dobrze je przeżyjemy, to jedno naprawdę powinno wystarczyć.