Kiedy emocje po napisaniu książki zaczynają powoli opadać, człowiek zaczyna zauważać rzeczy, o których kompletnie nie myślał w trakcie pisania. I doszedłem ostatnio do dość zabawnego wniosku.
Pisanie tej książki było momentami cholernie oczyszczające.
I tak, słowo „cholernie” jest tutaj użyte całkowicie świadomie.
Na co dzień raczej nie należę do ludzi, którzy chodzą po biurze, trzaskają drzwiami i informują wszystkich dookoła o swoim aktualnym stanie emocjonalnym. W biznesie przez lata nauczyłem się czegoś zupełnie odwrotnego. Nawet kiedy sytuacja robi się trudna, staram się zachować spokój. Rozmawiać. Szukać rozwiązania. Nie podnosić głosu. Nie reagować pod wpływem pierwszej emocji.
Pełna dyplomacja.
Czasami zapewne aż za pełna.
Natomiast kiedy zacząłem pisać „Kiedy wynajem zamienia się w koszmar”, szybko zrozumiałem, że jeżeli będę opowiadał te historie językiem, którego używam podczas spotkania biznesowego, to zabiję połowę tej książki.
Bo jak dyplomatycznie opisać moment, w którym dowiadujesz się, że w wynajmowanej nieruchomości ktoś urządził sobie produkcję marihuany?
„Szanowny Panie, uprzejmie informuję, że sposób korzystania przez Pana z lokalu nie do końca odpowiada mojej pierwotnej koncepcji najmu”?
No nie.
Są w życiu sytuacje, w których słowo „kurczę” zwyczajnie nie oddaje dramaturgii wydarzeń.
Zwłaszcza że początek tej książki skonstruowałem trochę zgodnie ze starą zasadą przypisywaną Alfredowi Hitchcockowi: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć.
U mnie to trzęsienie ziemi trochę się przeciągnęło.
W krótkim czasie dostałem serię historii, które dzisiaj brzmią momentami jak scenariusz napisany przez kogoś, kto przedawkował Netflixa. Produkcja marihuany w wynajmowanej nieruchomości. Brat gangstera, który ukradł telewizory. Śmierć starszej pani w mieszkaniu. Do tego kolejne sytuacje, przy których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nadal prowadzi firmę zajmującą się najmem, czy przypadkiem nie został statystą w serialu kryminalnym.
Tyle że wtedy wcale nie było mi do śmiechu.
Te historie naprawdę mnie wyczerpywały. Psychicznie, czasowo, czasem finansowo. Jedna się kończyła, człowiek myślał: „Dobra, gorzej już chyba nie będzie”, po czym życie najwyraźniej traktowało to jako wyzwanie.
I właśnie opisując ten okres, kilka razy pozwoliłem sobie w książce przekląć.
Nie po to, żeby było kontrowersyjnie. Nie po to, żeby książka była „z pazurem”. I nie dlatego, że nagle postanowiłem rozpocząć literacką karierę od konkurowania z Bukowskim.
Po prostu dokładnie tak się wtedy czułem.
I wiecie co?
To było naprawdę przyjemne.
Po tylu latach biznesowej dyplomacji, pilnowania emocji, dobierania słów i zastanawiania się, jak coś powiedzieć, żeby nikogo nie urazić, nagle siedziałem sam przed komputerem i mogłem napisać dokładnie to, co w tamtej sytuacji pomyślałem.
Bez garnituru. Bez spotkania. Bez oficjalnego tonu.
Tylko ja i klawiatura.
Może właśnie dlatego pisanie tej książki miało dla mnie również trochę terapeutyczny wymiar. Mogłem po latach wrócić do pewnych wydarzeń, jeszcze raz je przeżyć, ale tym razem już z bezpiecznej odległości. Czasami się z nich pośmiać. Czasami spojrzeć na nie zupełnie inaczej. A czasami po prostu napisać jedno bardzo nieeleganckie słowo i poczuć, że żadne inne nie pasowałoby tam lepiej.
Mam więc cichą nadzieję, że wydawca tych kilku fragmentów nie wykreśli.
Bo od początku bardzo zależało mi na jednym: żeby „Kiedy wynajem zamienia się w koszmar” nie było podręcznikiem.
Nie chciałem pisać językiem prawniczym, ekonomicznym ani branżowym. Nie chciałem stworzyć książki, w której po dwudziestu stronach czytelnik odkłada ją na stolik nocny, żeby „dokończyć jutro”, a trzy lata później nadal leży na stronie 21.
Chciałem, żeby była żywa.
Żeby były w niej historie, ludzie, błędy, absurdalne sytuacje, pieniądze, strach, bezradność, śmiech i emocje. Chciałem, żeby czytelnik czasem pomyślał: „Nie wierzę, że to naprawdę się wydarzyło”, a stronę później: „O cholera, przecież ja mógłbym zrobić dokładnie ten sam błąd”.
A skoro jestem jednym z głównych bohaterów tej książki — bo to przecież mnie te wszystkie historie spotkały — byłoby trochę nieuczciwe opowiedzieć je po latach tak, jakbym przez cały ten czas siedział spokojnie w fotelu, popijał kawę i z zainteresowaniem obserwował rozwój wydarzeń.
Nie siedziałem.
Nie obserwowałem.
Czasami byłem po prostu wkurzony.
I po napisaniu całej książki dochodzę do wniosku, że być może autentyczność polega również na tym, żeby nie poprawiać po latach własnych emocji. Nie wygładzać ich tylko dlatego, że dzisiaj patrzymy na pewne rzeczy spokojniej.
Jeżeli wtedy bolało — napisać, że bolało.
Jeżeli było absurdalnie — śmiać się z tego.
A jeżeli jedynym słowem, które naprawdę pasuje do sytuacji, jest przekleństwo…
to, do cholery, niech ono tam zostanie.