Każda książka ma swoją cenę. Teraz już wiem, ile kosztuje napisanie jednej.

Kiedy w weekend skończyłem pisać książkę, poczułem ogromną ulgę. Ale kiedy pierwsze emocje zaczęły opadać, pojawiła się jeszcze jedna refleksja.

Napisanie książki ma swoją cenę.

I wcale nie mam na myśli kosztów wydania, redakcji, korekty, okładki czy druku. Mam na myśli cenę, którą płaci autor, zanim książka w ogóle trafi do wydawnictwa.

Czasem. Energią. Skupieniem. Rzeczami, z których rezygnuje. I przede wszystkim tym, że przez wiele miesięcy książka zajmuje w głowie zdecydowanie więcej miejsca, niż wynikałoby to z powierzchni zajmowanej przez laptopa.

„Kiedy wynajem zamienia się w koszmar” pisałem niestety na raty. Nie dlatego, że taki miałem genialny plan pracy twórczej. Życie po prostu napisało mi w międzyczasie własny harmonogram i, jak to życie, nie zapytało wcześniej, czy mi odpowiada.

Rok 2026 był dla mnie pod wieloma względami rollercoasterem. Początek roku praktycznie wyłączył mnie z normalnego funkcjonowania. Rwa kulszowa sprawiła, że przez kilka miesięcy miałem ogromny problem z chodzeniem. Był szpital, fizjoterapia, ból i noce, podczas których znalezienie pozycji pozwalającej zasnąć było większym wyzwaniem niż napisanie dobrego zakończenia rozdziału.

A kiedy człowiek nie może normalnie chodzić ani spać, trudno oczekiwać, że o 8:00 usiądzie przy laptopie, zrobi kawę i pomyśli:

„No dobrze. Czas na wenę”.

Weny nie było.

Było raczej: „Jak się, do cholery, ułożyć, żeby przestało boleć?”.

Dopiero mniej więcej od maja zacząłem powoli wracać do normalności. I wtedy po raz pierwszy chyba tak świadomie zdecydowałem, że jeżeli naprawdę chcę tę książkę skończyć, coś innego będzie musiało zejść na dalszy plan.

Nie da się mieć wszystkiego jednocześnie.

Możemy sobie oczywiście opowiadać historie o perfekcyjnym work-life balance, zarządzaniu czasem, produktywności i o tym, że każdy ma 24 godziny na dobę. Tylko że życie trochę inaczej wygląda od środka.

Jeżeli chcesz zrobić coś dużego, przez pewien czas coś innego prawdopodobnie dostanie od ciebie mniej.

U mnie priorytety stały się bardzo proste: firma, dzieciaki i książka.

Reszta musiała poczekać.

Sport, który zawsze był ważną częścią mojego życia, pojawiał się znacznie rzadziej. Koszykówki nie było. Basen bardzo rzadko. Siłownia zeszła na dalszy plan. Nawet wędkarstwo, które kocham od siódmego roku życia i które zawsze było dla mnie jednym z najlepszych sposobów na odcięcie głowy od wszystkiego, praktycznie zniknęło.

I nie będę teraz tworzył romantycznej historii, że siedziałem przy laptopie, patrzyłem przez okno na piękną pogodę i czułem ogromną wdzięczność, że realizuję swoje marzenie.

Nie.

Czasami byłem zwyczajnie wkurzony.

Była piękna pogoda, lato, idealny dzień, żeby pojechać nad wodę, spotkać się z kimś, pograć, gdzieś wyjechać albo po prostu nic nie robić. A ja wiedziałem, że jeżeli znowu odłożę książkę, to termin „skończę ją niedługo” może się okazać bardzo pojemnym pojęciem.

Więc zostawałem.

I pisałem.

Dzisiaj wiem też, że przy kolejnej książce zrobię jedną rzecz zupełnie inaczej. Postaram się napisać ją możliwie jednym ciągiem, w konkretnym bloku czasowym.

Bo odkryłem, jak trudno wraca się do książki po dłuższej przerwie.

To trochę tak, jakby ktoś zatrzymał serial w połowie sezonu, po kilku miesiącach włączył ci odcinek numer osiem i powiedział:

„Dobra, jedziemy dalej”.

Niby pamiętasz bohaterów. Niby wiesz, o co chodzi. Ale przez pierwszą chwilę zastanawiasz się: kto z kim, dlaczego on jest na niego zły i gdzie właściwie skończyliśmy?

Z książką miałem dokładnie tak samo.

Trzeba było ponownie wejść w jej rytm, język, emocje, przypomnieć sobie konstrukcję, sprawdzić, gdzie już coś powiedziałem, żeby nie powtarzać tego pięć rozdziałów dalej. Odnaleźć wszystkie nitki, które przez kilka miesięcy zdążyły się w głowie trochę poplątać.

Dlatego następne książki chcę planować inaczej. Konkretne bloki pracy, większe skupienie i możliwie mało długich przerw.

Oczywiście odpoczynek jest potrzebny. Czasem trzeba zamknąć laptopa, wyjść, przewietrzyć głowę i wrócić następnego dnia. Pisania nie da się wycisnąć z siebie jak pasty z tubki. Są dni, kiedy wszystko płynie, a trzy godziny mijają jak dwadzieścia minut. Są też takie, kiedy przez godzinę patrzysz na jedno zdanie, poprawiasz je siedem razy, a na końcu odkrywasz, że najlepsza była pierwsza wersja.

Ale czym innym jest dzień czy dwa odpoczynku, a czym innym kilka tygodni lub miesięcy przerwy. Tego drugiego chciałbym już unikać.

Ta książka nauczyła mnie jeszcze czegoś, czego wcześniej kompletnie nie rozumiałem.

Nabrałem ogromnego szacunku do ludzi, którzy zawodowo piszą książki.

Z zewnątrz wygląda to przecież całkiem sympatycznie.

Laptop. Kawka. Może jakieś klimatyczne miejsce. Autor siedzi, patrzy przez okno, nachodzi go wena i wystukuje kolejne strony.

Fantastyczna robota.

Dopóki samemu się tego nie spróbuje.

Bo najbardziej wyczerpujące w pisaniu nie jest samo naciskanie klawiszy. Jest nim poziom koncentracji potrzebny do tego, żeby setki myśli, historii, wspomnień i wniosków zamienić w jedną spójną opowieść.

Piszesz coś i jednocześnie zastanawiasz się, czy czytelnik to zrozumie. Czy już wcześniej o tym nie pisałeś. Czy historia nie jest za długa. Czy nie jest za krótka. Czy coś trzeba wyjaśnić. Czy żart nie zabija poważnego fragmentu. Czy poważny fragment nie zabija całej przyjemności czytania. Czy człowiek, który od dwudziestu lat zajmuje się najmem, odbierze to tak samo jak ktoś, kto właśnie kupił pierwsze mieszkanie.

A potem czytasz to jeszcze raz.

I jeszcze raz.

I nagle orientujesz się, że od dwudziestu minut zastanawiasz się nad jednym akapitem.

To potrafi wyssać energię w sposób, którego wcześniej się nie spodziewałem.

Ale największym zaskoczeniem było dla mnie coś jeszcze.

Książki nie pisze się tylko wtedy, kiedy się pisze.

Ona chodzi za tobą.

Jedziesz samochodem i nagle przypomina ci się historia sprzed ośmiu lat. Wyciągasz telefon i zapisujesz ją w notatkach. Rozmawiasz z kimś i jedno zdanie uruchamia kolejne skojarzenie. Zapisujesz. Idziesz spać i nagle wpada ci do głowy zakończenie rozdziału.

Zapisujesz.

Zdarzało mi się obudzić w nocy tylko dlatego, że mózg najwyraźniej uznał trzecią nad ranem za doskonałą porę na działalność literacką. Brałem telefon, zapisywałem kilka zdań i szedłem dalej spać.

Przez ostatnie miesiące mój notatnik w telefonie stał się czymś pomiędzy warsztatem pisarskim, magazynem pomysłów a miejscem, w którym prawdopodobnie tylko ja jestem w stanie zrozumieć, co autor miał na myśli.

I chyba właśnie to jest częścią ceny pisania, o której wcześniej nie wiedziałem.

Trudno z tej książki wyjść.

Czytałem kiedyś autobiografię Ala Pacino, który opowiadał o tym, jak intensywne wejście w rolę potrafiło sprawić, że postać zostawała z nim również poza planem. Pisanie oczywiście jest czymś zupełnie innym, ale zacząłem rozumieć sam mechanizm. Jeżeli przez miesiące żyjesz jakimś światem, analizujesz go, wracasz do niego każdego dnia i przepuszczasz go przez własną głowę, nie zamykasz go po prostu razem z laptopem.

On idzie z tobą dalej.

I chyba dopiero teraz, kilka dni po postawieniu ostatniej kropki, zaczynam z tej książki naprawdę wychodzić.

Co ciekawe, mózg jeszcze nie dostał oficjalnego komunikatu.

Nadal czasami wpada mi do głowy jakaś historia albo zdanie i pojawia się automatyczna myśl: „O, to trzeba dopisać”.

Po czym odpowiadam sam sobie:

Nie.

Już nic nie trzeba.

Książka jest skończona.

I to jest chyba jedno z najprzyjemniejszych zdań, jakie ostatnio wypowiedziałem.

Czy było warto zapłacić tę cenę?

Książka jeszcze nawet nie została wydana, więc pewnie za wcześnie na wielkie podsumowania. Ale dzisiaj odpowiedziałbym bez zastanowienia: tak.

Bo cena nie zawsze oznacza, że coś straciliśmy.

Czasami oznacza po prostu, że przez pewien czas świadomie wybraliśmy jedną rzecz kosztem innych.

Ja wybrałem napisanie książki.

Zapłaciłem za nią wieloma wieczorami, częścią lata, mniejszą ilością sportu, wędkowania i odpoczynku. Zapłaciłem koncentracją, energią i tym dziwnym stanem, kiedy ciało siedzi przy kolacji, a głowa właśnie redaguje rozdział numer siedemnaście.

Ale dostałem w zamian coś bardzo ważnego.

Skończyłem coś, co od dawna chciałem zrobić.

I przy okazji nauczyłem się, jak chcę napisać następną książkę.

Bo pierwsza książka po tak długiej przerwie nauczyła mnie nie tylko tego, jak pisać.

Nauczyła mnie również, jak żyć, kiedy się pisze.

A to, jak się okazuje, są dwie zupełnie różne umiejętności.

Dodaj komentarz